144 km from Heaven To Hel – 20.06.2015r.

Cóż, trochę czasu minęło, ale udało mi się w końcu usiąść i opisać ten bieg. Nie oszukujmy się, jest co opisywać 🙂

Plan na bieg wpadł jak zwykle na spontanie, gdy zastanawialiśmy się co zrobić w tym roku w Noc Świętojańską. Padały różne trasy, ale ktoś wpadł na pomysł biegu z Nieba(Niebo to część kolonii Kolano, dla niewtajemniczonych 🙂 ). Ja nakreśliłem jakąś roboczą mapę, Hel musiał być celem, bo rok temu robiąc setkę nie dotarliśmy na Hel, przez co ja mocno ubolewałem z tego powodu:) Nikt trasy nie sprawdził, miał być przygoda. Ja wgrałem ją tylko do Fenixa i....

i tak 20 czerwca stanęliśmy na starcie naszego biegu z Nieba do Piekła 🙂

Ruszyliśmy dość żwawym tempem, mimo wszystko starając się wyhamować naszego charta, jakim zawsze jest Michał 🙂 Każdy z nas miał świadomość, że prawdziwy bieg zacznie się po setce... Widoki mieliśmy przepiękne. Wg mnie Kaszuby są dość mocno niedocenianie przez polskich turystów. Sam podczas tego biegu odkryłem kilka perełek, w rejon do których mam zamiar wrócić na dłużej 🙂 Cały czas staraliśmy się trzymać dość mocne, ale rozsądne tempo, mijając kolejne kaszubskie miejscowości. W jednej z nich spotkaliśmy psa-ultrasa, który postanowił pobiec z nami parę kilometrów. Pierwszy maraton minął szybko. Może nawet trochę za szybko 🙂 Pizza w Luzinie dała nam chwilę na naładowanie elektroniki oraz uzupełnienie węgli. Pyszna pizza - naprawdę polecam każdemu(za torami, nazwa to "Za Winklem", znalazłem nawet jej profil na fb więc wklejam:) https://www.facebook.com/pages/Za-winklem/865901726779235 ).

Po doładowaniu energii ruszamy w następny maraton. Wiemy, że też poleci bez większych problemów i tak jest. Oprócz przelotnego deszczu po drodze(ok. 45 min) pogoda dopisuje, a przed jeziorem żarnowieckim dostajemy jeszcze przepiękny zbieg na rozluźnienie 🙂 Na dole zbiegu robimy kolejny tego dnia przepak w sklepie spożywczym. W tym miejscu dopada Tomka taka chandra, że myślałem, iż zadzwoni po TAXI i wróci do domu... Na szczęście szybki telefon do Żony wybija mu te myśli z głowy... Zostało nam kilka kilometrów do Dębek i rozpoczęcia 3 maratonu... W Dębkach robimy trochę zbyt długi postój na uzupełnienie zapasów i jedzenie. Niestety o zdrowym wege żarciu można zapomnieć - zostaje nam wciągnąć zapiekankę z Michałem, bo reszta ekipy odpuszcza "zdrowe" jedzenie i ruszamy dalej.

Trasa od Dębek biegnie na początku po lesie - jest pięknie. Niestety po paru kilimetrach wypadamy na szosę i tak będziemy już ciągnąć do samego Władka... A droga między Władkiem, a Dębkami w nocy zamienia się w tor rajdowy dla taksówek... Niestety żadnej Policji przez te kilka godzin biegu nie widzieliśmy - stąd taxiarze nawet w terenie zabudowanym lecą grubo ponad setką... W Jastrzębiej Górze bez fajerwerków mijamy setkę i wkraczamy na dziewicze tereny. Co prawda ja biegłem i ukończyłem Harpagan z wynikiem grubo ponad 100km w nogach, ale było to lata temu... Od tego momentu praktycznie każdy z nas skupia się na jednym - stacja benzynowa we Władysławowie. Nie można powiedzieć, że czujemy się dobrze. Jesteśmy już zmęczeni i czasem wysiłku i kilometrażem, ale najgorzej nie jest. Jak to mówią - byle do Władka 🙂

Po kilku godzinach walki docieramy do upragnionej stacji benzynowej z pięknym napisem "Aromat, który pozostanie z Tobą przez następne 30 kilometrów"... Cóż, nie nastawia to optymistycznie, jak się już ma ponad setkę w nogach 🙂 Na stacji pożywiamy się(po raz kolejny udowodniłem sobie, że hot-dog to nie najlepsze pożywienie dla ultrasa...), Tomek zalicza zgona energetycznego(tak to jest jak nie słucha się Staszka, że trzeba jeść 🙂 ), na szczęście po chwili wraca do żywych. Chwilę odpoczywamy w ciepłej stacji, na najwygodniejszych krzesłach na jakich siedziałem - jeszcze raz dziękuję Pracownikowi STATOIL, że nas nie wyrzucił, nakarmił i do tego odstąpił swoje krzesło, żebyśmy w czwórkę mogli odpocząć. Po czym ruszamy w najbardziej przerąbaną trasę na tym krańcu Polski... Dziś już to wiem - trzeci raz nie biegnę na Hel... Choć mało brakowało, a byłoby inaczej. Ale o tym za chwilę 🙂

Cóż trasa na Hel ma jeden, jedyny plus. Nie idzie się zgubić. Dzięki temu nikt się nie przejmował tempem. Każdy biegł swoje. Każdy czekał świtu. Wiedzieliśmy, że to będzie najcięższe 30km jakie zrobiliśmy w życiu. Wszystko w miarę trybiło, choć z każdym kilometrem było gorzej nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ja zrobiłem jeden duży błąd przed tym biegiem... Nie wyspałem się przed biegiem. Odbiło się to przed Jastarnią, gdzie po prostu głowa odmówiła posłuszeństwa i mimo wszelkim próbom racjonalnego myślenia, poddałem się i powiedziałem Michałowi, który akurat biegł obok mnie, że ja "pi.... i muszę się na chwilę położyć", po czym... położyłem się na ścieżce rowerowej zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć. Niestety nie dane mi było pospać - chłopacy kazali mi wstać... Zaczęły się rozmowy o tym, żeby skończyć, bo jestem w fatalnym stanie, ble ble ble, ble, ble... Cóż, jako że dopiero co mnie obudzili i byłem w super stanie, powiedziałem, że nie ma żadnego kończenia biegu i że czekam na nich na Helu, po czym odpaliłem się i zrobiłem 4km w tempie 6:22, 5:50, 5:40, 6:03. Następnie zacząłem szukać ławeczki, zdrzemnąłem się chwilę(kilka minut), chłopaków nie było więc lightowym tempem parłem do przodu, póki znów nie dopadł mnie ostry sen ok. 136km, gdzie spędziłem ok. pół godziny póki ekipa mnie nie obudziła 🙂 Dalej już nie miałem problemów ze snem, bo byłem super wypoczęty 😛 Około dwie godzin później prawie razem dobiegliśmy do Helu(prawie, bo Dominik, nasz Tarahumara, był oczywiście pierwszy:P) Upragnionego Helu. Wymarzonego znaku Hel. Celu, który nas ciągnął ostatnie 25 godzin... Celu, którego nie osiągnęliśmy rok temu...

Trzeci raz drogi na Hel nie będzie.

Oby... 🙂

Trochę statystyki:

Dystans: 144km (mój Fenix3: 141.76, Michała 910xt: 147.88, średnia:144,82)

Cały bieg zajął nam: 25:41:06.

Średni czas na kilometr: 00:10:42

Czas samego czystego ruchu: 20:47:17

Średni czas czystego ruchu: 00:08:39

Czas przerw na obiady, przepaki, etc (w moim przypadku również spanie:) ): 4:54:52

P.S. Ogromne podziękowania dla Ewy, za to, że chciało się Jej wstać tak rano, żeby zawieźć czterech świrów na start 🙂

poniżej film złożony i zrobiony przez Tomka:

link do statystyk z mojego Garmina:

i oczywiście "kilka" zdjęć z całej trasy 🙂

Dodaj do zakładek permalink.

3 Responses to 144 km from Heaven To Hel – 20.06.2015r.

  1. TK mówi:

    Widzisz Stasiu, najdokładniejszy dystans pokazał GPS w mojej Xperii Z3. Prawda jest taka, że ja mógłbym trasy atestować swoim telefonem 😛